ORAVAMAN 2015 – im bliżej nieba, tym większe piekło.

foto 0

No to moja kolej aby napisać relację. Trochę to trwało, ale jest. Nie będzie zbyt pompatycznie, bo nie. A może być powinno. Nie będzie zbyt „sucho”, bo tak być nie może, jeśli pisze się o zawodach ORAVAMAN.

ZAPISY

Jesień, 2014r. Warszawa, Bal Triathlonisty… Siedzę przy stole, jem za darmo, jestem szczęśliwy. Dochodzi godzina 20.00 czyli czas zapisów na ORAVAMAN, zawody, które tak chwalił Maciej, jego ewentulanie żona i Majka. No ale ja w ręku trzymam widelec (w stolicy jemy sztućcami) i jakby ciężko przez telefon się zalogować. Proszę o to żonę, która dzwoni do mnie kilka minut po 20.00 i powiadamia, że niestety nie udało jej się zapisać swojego pierwszego męża. Troszkę smuteczek. Troszkę żal. A wszystkie miejsca rozeszły się niczym Crocsy w Lidlu.

Po chwili jednak dostaję emaila z potwierdzonym miejscem startowym. Szok! Jak się okazało, dokonali tego Maciej i Barbara, moi bardzo dalecy znajomi z miasta stołecznego, u których nawet kilka godzin przed owym balem miałem okazję jeść tragiczny makaron. Czyli jadę! Dostałem login i hasło. Osoba, która mnie zapisała dała mi cudny identyfikator DUPA13. Super!

 

Tak wyglądała, w wielkim skrócie, trasa Oravaman Short.

DOJAZD

Ja, Basia i Maciej. Dojeżdżamy na miejsce. Po drodze oczywiście beka ze mnie, nieogolonych nóg i 7 przełożeń w moim „retro” rowerze. Barbara usmiechnięta, co jak zawsze jest zwiastunem cierpienia, które oczywiście jej nie dotyczy. Element paniki #1. Dojeżdżamy do malowniczej miejscowości Zuberec, która wygląda pięknie nawet o 3 w nocy. Mamy adres, ale jak się okazuje rozkład domostw na słowackiej prowincji był chyba przydzielany nie ze względu na lokalizację, ale kolejność wybudowania lokalu. I trochę pozwiedzaliśmy, dochodząc do wniosku, że praca listonosza i numeracja chat w Zubercu przekazywana jest z pokolenia na pokolenie.

DZIEŃ PRZED

„Dawaj Ludwik, jedziemy podjechać ostatnie, najtrudniejsze 8km trasy!” I znowu Baśce się zaciesz włączył, a wtórował jej męski odpowiednik wagowy, Maciej. Element paniki #2. No to pojechaliśmy. Osz ty w mordę! Jak można im ufać?

FOTO 9

Basia się cieszy. Świat płacze.

Z 8km zrobiło się nagle 12km i powiem szczerze, że zamiast obyć się z trasą, pojawił się element paniki #3. Na podjeżdzie stanąłem 2 razy, bo chciałem zostawić resztki sił na jutrzejszy start. I pierwszy raz w życiu miałem problem z wpięciem butów w pedały. Trzeba było lekko zjechać i mieć nadzieję, że jakoś się doczłapię do końca patrząc na oddalające się plecy moich „judaszowych” przyjaciół (znajomych, tfu). A ci szczęśliwi kolarze, zaprawieni w boju, zwłaszcza będąc tydzień po wyścigu kolarskim w Tatrach. Zadowoleni, non stop albo selfie, albo oczekiwali z telefonem skierowanym na mnie, aby w końcu zamiast potu z czoła poleciała mi krew.

fot 1

Basia i Maciej. Mistrzowie podjazdów i selfie.

Dojechałem na górę. Piekny widok! Cudne miejsce, którym nie mogłem podczas podjazdu się nacieszyć podziwiając moje przednie koło i asfalt, w który byłem wpatrzony jak gimnazjalista w klasówkę. Na górze, przy schronisku, wypilismy piwko, oczywiscie bezalkoholowe (Bluźnierstwo!- Admin :)) i zjechaliśmy. Szybko. Bardzo. Na zakrętach i mijając niemal wspinających się turystów panika #4.

WSTAWIANIE ROWERÓW

Dzień wcześniej odprawa, na której oczywiście byliśmy tak samo jak Maciej i Basia przed wyjazdem w kantorze po euro, czy w sklepie po żele. Jakoś tam nam się zeszło na drzemce, odsypiając nocne wojaże wąskimi ulicami Zuberca. Po odbiorze pakietów startowych, bardzo fajnych nota bene, oddalismy rowery, które miały być przewiezione w dół (same cholercia to w dół, a z właścicielami to raczej w górę musiały… ehhh). No a potem oczywiście do sklepu, piweczko i szacowanie czcigodnej Barbary, na którym kilometrze roweru mnie wyprzedzi… Pozytywne myślenie i beka z „pokonywania własnych słabości tudzież, albowiem na prekór wszystkim”. Ogólnie „newer gif ap!”. Budziki nastawione na 4:30. Dobranoc.

foto 2

Maciej. Zero stresu.

DZIEŃ DOBRY. DZIEŃ STARTU.

foto 6

Wstaliśmy obudzeni przez kaczkę mieszkającą w telefonie Baśki. Ostatnie dogalanko nóg, a w moim przypadku zaczesywanie zarostu pod Compressy i jedziemy autokarami na miejsce startu. Ja i kilkaset bardzo szczupłych osób. Jako jeden z niewielu przedstawiciel „BMI  w normie” miałem zły wpływ na wiozący mnie i innych autokar nr 8. Stanął bidulek i nie chciał wjechać. I wcale nie pociaszało mnie, że górka którą podjeżdżaliśmy miała być dla zawodników zjazdem. Panika #5.

foto 5

Jak się potem okazało, w tym dokładnie miejscu zaczęły kończyć mi się przednie klocki hamulcowe, a o mało co sam klocka… no ten, no… Pociesza mnie siedzący obok słowak, który płynną angielszczyzną mówi: „Nał yts ol yn jorrr hed. Sink bir, bir on de fynysz”. Wsiadam do następnego autokaru, a tam siedzi ponownie ucieszona Basia: „Hheheheheh miałam nadzieję, że to twój autokar nie dał rady!!!”. Dodając „Hehehhehe”. A potem „Heheh”. Super.

STREFA ZMIAN I APLAUZ!

No nie spodziewałem się, że tak szybko zaczną mi bić brawo. Chwilę przed startem zdejmuję pod ręcznikiem majtoszki, co by się nie zatrzeć, a mój parawanik fik! Na dół. No i dostałem brawa! Trochę zmieszany byłem, ale w sumie jak się spodobało, to nie jest źle 😉

START

Piękne jezioro. Takie kocham! W wodzie czuję się dobrze, wręcz cudownie. Postanawiam płynąć bardzo ostrożnie, bo przecież potem 37km roweru i 14km biegu. Niby niewiele, ale pod górkę. I jak zwykle pytania: Po co mi to? Lepiej siedzieć w domu, włączyć Pearl Jam, przytulić żonę i dzieciaki. Potem walnąć 10 pompek dla dobrego samopoczucia i spać… no ale już za póżno. Jeszcze siusiu w piankę, posłuchałem Green Day „Welcome to paradise”, które nie raz towarzyszyło mi na treningach, a organizatorzy chyba z lekką ironią puśicili ten kawałek przed wsytrzałem. Wcześniej jeszcze podopingowałem iście wyluzowanego Maćka, który robił dystans 1/2IM… no i znowu siknąłem, tym razem jednak kulturka, bo mniejsza kolejka do TOI TOIa. Wchodzimy do wody, patrzę jeszcze jak oswaja się z wodą Basia, która chciała już ten etap mieć za sobą i najchętniej by również olała… etap biegowy. I START! Poszli! Płynąłem spokojnie, lużno, co chwila wychylając ryjka podziwijąc góry otaczające akwen i czekające, aby za kilkanaście minut pokazać mi jak palą się na nich moje czworogłowe…

foto 4 foto 3

ROWER

W T1 spędziłem niewiele czasu, trochę z nostalgią opuszczając najpiękniejszą dla mnie część triathlonu. Pierdyknąłem sobie żel, dobiegłem do asfaltu i wpiąłem buty spd. „Welcome to paradise”. Im bliżej nieba, tym większe piekło. Część rowerowa przede mną. Pierwsze 15km trasy to podjazd. Non stop. Patrzyłem tylko jak wyprzedzają mnie inni, a sporadycznie ja kogoś, jadąc z lekką rezerwą, zarówno płucno mięśniową jak i w moich (nie)licznych przełożeniach. „Puć puć puć” krzyczeli mijający nas autokarem kibice. Robili zdjęcia i wyglądali na szczęśliwych niczym Basia patrząc na moje dziewicze owłosienie łydek ;-). Udało się podjechać, więc pora na 10km zjazdu i nieco bardziej turystycznej trasy. Co chwila dojeżdżałem do 60km/h, zwalniając mym rubasznym ciałem stając na pedałach i z powoli kończącymi się klockami. Przednie koło zaczęło lekko telepać (prawdopodobnie przy przewozie jakiś Havranek źle postawił mój zabytek). Panika #6.

No i ostatnie 12km, które dzień wcześniej dwukrotnie „poprosiło mnie” o zatrzymanie. Ale już byłem zadowolony, bo Basi nadal nie widziałem za sobą, a mijałem się jedynie z Maćkiem. Jakoś jego mordka zawsze mnie cieszy, pozdrowiliśmy się, coś tam jak zwykle głupiego krzyknęliśmy i mogłem z powrotem wrócić do obserwowania przedniego koła. Przerzutki szybko się skończyły, zjadłem trzeci żel, którego smak od tamtej pory kojarzyć mi się będzie z zapachem tatrzańskiego lasu, powietrza i… mojego potu… Fuj! Po kilkunastu minutach podjazdu mija mnie Basia. Zaciesz. Znowu. Wcale się nie martwiłem, a nawet ogarnęła mnie radość, że fajnie wyszła z wody i spokojnie mija mnie moja podopieczna, wkrótce „pani kolarka” ;-). Jechała spokojnie, lużno, czerpiąc satysfakcję z każdego wyprzedzanego mężczyzny.

Jadę dalej.

Pierwszy raz byłem na zawodach, gdzie przed i za sobą widzę 30 zawodników, każdy jedzie po 10km na godzinę i smiejemy się do siebie „No drafting, no drafting”. Niektórzy już spacerują z rowerami, inni walą „Saganem”, ktoś się rozciąga na poboczu. Nie cieszyło mnie to, ale uzmysłowiło, że być może nie jestem taki najgorszy i nie jestem także jedynym na trasie zawodnikiem, który nie ma zbyt wiele czasu na trening, ma sporo obowiązków, a każdą wolna chwilę spędza z dziećmi. A te spoglądały na mnie z ramy roweru, ze zdjęć, które moja żona dokleiła na „kryzysowe chwile”.

foto 7

„Puć, puć, puć…”. Ostatnie metry.

„Handryt miters!” krzyczy wolontariusz.

Jadę dalej.

„Handryt miters” krzyczy kolejny stojący 50m dalej… zgrywusy.

Dojeżdżam!!! I mówię do odbierającego ode mnie rower kolejnego wolontariusza: „Take it. I don’t even wanna look at it anymore!”. Odpowiedż: „Ju not ferst tu sej yt tudej”. Upragniona T2!! Dostaję worek z ciuchami na bieg, przepakowuję się i dochodzę do stołu, gdzie zawodnicy mogli się posilić. A tam jak na wiejskim weselu: kiełbachy, paluszki, izo, woda, cola, bekon (?), wędlinki i inne cuda… Nic nie biorę i ruszam na bieg, aby jak najszybciej spotkać się z wybranką, dzięki Bogu nie mojego serca, Basią. Zastanawiam się jeszcze jak czuje się Maciej, który wyrażnie odczuwał trudy wyścigu kolarskiego z poprzedniego tygodnia.

Profil trasy Maćka i rozmieszczenie punktów żywieniowych

BIEG

Osz ty w mordę! Stromo! Na pierwszych metrach spotykam Basię. Nie jest zbyt zmęczona. Nie jest zbyt zadowolona. Trasa kolarska jej nie wykończyła, a chyba bardziej biegowa lekko przeraziła. Trochę się pośmialiśmy i ja ruszyłem przodem. Basia została ze swoim telefonem, z którego wysłała mi jeszcze w czasie wyścigu sms. Treści wolę nie upubliczniać 😉

Pierwsze niecałe 2km niemal pionowo pod górkę. Wreszcie wchodzę i kolejny stół w punkcie żywioniowym. Niemal wszystko na nim, a góral się pyta co chcę. Chciałem jak zwykle coś głupiego pierdyknąć, więc mówię, że chcę wódkę. A juhas bimber spod stołu wyciąga! Czizas! Co za impreza? 😉 Ocywiście alko odmówiłem, a jak w każdym punkcie żywioniowym wybrałem kubek coli i wody.

Po wspinaczce zbieg. Nigdy takiej trasy nie widziałem: kamienie, korzenie, zakręt, zbieg, ślizgo itd. itp. Boję się, że garba dostanę, bo ciągle patrzę pod nogi, aż wreszcie dobiegam do miejsca, gdzie spokojnie mogę ruszyć patrząc jedynie do przodu. Ale zamiast tego zaczynam rozglądać się na boki. COŚ PIĘKNEGO! Prawda, mam lek przestrzeni i wysokości (dlatego bałem się urosnąć), ale to co zobaczyłem odebrało mi mowę (mnie, który z mowy sporadycznie rezygnuje).

Zatrzymuję się.

foto 8

Ale nie czuję zmęczenia. W ogóle.

Nigdzie mi się nie spieszy i właśnie zdaję sobię sprawę, że na triathlonie, na wyścigu, w tym właśnie momencie, zrobiłem coś co prawie nigdy nie udaje mi się w normalnym życiu………….

……Ciągle szybko, ciągle do przodu. Nie ma czasu na odpoczynek, na odsapnięcie i jakąś refleksję. Nigdzie nie mogę i nie chce się spóżnić, zawsze muszę i chcę być przed czasem……

Patrzę na góry jakich wczesniej nie widziałem. Nie z tej perspektywy i nie z takim spokojem. Na trasie jestem sam. Nikogo nie widzę ani przed, ani za sobą.  Nie jak na trasie rowerowej, gdzie słychać sapanie zmęczonych kolarzy i trzeszczenie przerzutek. Biorę głeboki oddech, ponownie rozglądam się dookoła. Nadal stoję. Przyglądam się temu, co mnie otacza. Spontaniczna i kontrolowana chwila na refleksję.

„Ogromny ze mnie szczęściarz.” Mogę robić w życiu to co kocham, uprawiam sport i z nikim się nie ścigam. Nikomu nie muszę nic udowadniać. Nie muszę być pierwszy czy unikać ostatniej pozycji. Robię to dla siebie. Fajna taka wolność… zero presji: rodzinnej, zawodowej. Na 365 dni w roku miałem te swoje dosłownie 60 sekund wytchnienia. Spokoju. Sam. Bliżej nieba.

FINISZ

Potem już niemal tylko z górki. Biegnę, jak na swoje mozliwości bardzo szybko, nawet poniżej 4min/km. Biegnie mi się lekko… może niesiony chwilą, może ten minutowy odpoczynek, odsapnięcie, dało kopa. Nie wiem. Dobiegam na metę. Pierwsza myśl, to zadzwonić do rodziny i podziekować za mozliwość uprawiania sportu i spędzania czasu w nowych, jakże pieknych i innych miejscach. Druga, to smutek zamiast radości. Za kilka dni znowu codzienność, mimo że jest taka na jaką sobie zapracowałem, fajna i urozmaicona,. Ale zawsze to „tylko” codzienność. Na mecie uderzam w dzwon zawieszony nad finiszem, schylam się tym razem nie po to aby patrzeć na asfalt czy zbieg, lecz aby wolontariuszka mogła nasunąć mi na szyję medal.

Siadam w basenie z lodowatą wodą i oczekuję Basi i Maćka. Ta dobiega za jakiś czas z pokorą w oczach. Bóle żołądka jakie jej towarzyszyły nie mają nic wspólnego z moimi pozytywnymi emocjami na trasie biegowej, ale swoje przeżyła. Dosłownie i w przenośni. Nie jedna by zeszła z trasy. I nie każdy, jak Maciek, podjąłby się tak trudnego wyzwania jak 1/2IM podczas 5 edycji ORAVAMAN. Szacunek wielki dla nich.

Szacunek dla organizatorów, wolontariuszy, sędziów i wszystkich, którzy przyczynili się do tego, że ORAVAMAN był dla mnie najpiekniejszym startem. I nawet przygody w drodze powrotnej są niczym w porównaniu z tym, jak wyjątkowym był dla mnie ten wypad. Powrót do domu. Wracam do codzienności…  Panika #7

Pozdrawiam

Ludwik

Film z poprzedniej edycji