Rawa Mazowiecka – triathlon na dwóch dystansach. Relacja Macieja Czarnoty.

Do Rawy najpierw miałem jechać, potem nie miałem nie jechać, a na końcu Ludwik spytał czy na pewno nie mam ochoty, na co odpowiedziałem, że w sumie to mam. Za chwile okazało się, że jestem na liście startowej i już nie mam wyboru. W tym momencie jeszcze bolały mnie nogi po Oravamanie (tydzień po zawodach), ale wiedziałem że kolejne 7 dni regeneracji (z kilkoma mocniejszymi akcentami, o które zadbali moi kolarscy koledzy) doprowadzi mnie do niezłej dyspozycji na czas.
Trasę zawodów znałem, bo byłem w Rawie już rok temu i wiedziałem czego się spodziewać. Mianowicie dość męczącej, interwałowej trasy rowerowej i wietrznej biegowej, która choć płaska, nie jest zbyt szybka. Pływanie, wiadomo – w wodzie – tutaj o niespodzianki ciężko.
Na starcie pojawiło się chyba około 150 zawodników w tym bardzo silna reprezentacja Łodzi i okolic, dzięki czemu atmosfera w naszej ekipie była bardzo dobra, a gdzie się nie obejrzeć można było spotkać znajomych – czy to w roli zawodników, czy kibiców. Ludwik tradycyjnie już wyglądał jakby miał się za chwilę wycofać, a Maja miała nadzieję że tym razem jej żołądek nie będzie robił kolorowych niespodzianek. Ja nie wiem czy robiłem na starcie coś szczególnego, ale na pewno nie zdążyłem się rozgrzać. Nie straciłem przez to nic, bo pływam w tym sezonie jak gamoń więc nie wiem po co o tym wspominam.


W końcu wystartowaliśmy i po przepłynięciu 2 pętli przedzielonych krótką przebieżką po plaży, podczas której czułem, że wyglądam jak Pamela Anderson (zostało to potwierdzone nagranym filmikiem) mogłem ruszyć na trasę kolarską. Po ok. 5km samotnej jazdy dogoniła mnie grupka 3 osób. Okazało się, że chłopaki nie za bardzo mieli pojęcie o jeździe w grupie więc cała praca spadła na mnie – zarówno, jak chodzi o walkę z wiatrem, jak i o utrzymanie jakiegoś względnego porządku, żebyśmy się nie pozabijali. Nie była to jazda sprzyjająca osiągnięciu wysokiej średniej szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że jeden z kolegów dawał dwudziestosekundowe zmiany, za każdym razem o 4-5km/h szybsze niż akurat jechaliśmy – żadne krzyki, tłumaczenia, ani prośby nic nie dawały. Tak to już w triathlonie jest – taki folklor.
W końcu na horyzoncie pojawił się większy peleton (ok 10 osób), który napierając w trupa przez 5km udało mi się (razem z ziomkami na kole) dogonić na 10km przed końcem etapu rowerowego. Okazało się, że w grupie tej jechał Igor, któremu zaproponowałem żebyśmy trochę poharcowali i może odskoczyli przed biegiem naszym towarzyszom. Walecznego łodzianina nie trzeba było drugi raz namawiać. Uprzykrzyliśmy współzawodnikom dalszą jazdę próbując kilka razy na zmianę, ale niestety do gaszenia naszego zapału wszyscy byli nad wyraz chętni i do T2 wjechaliśmy w trochę tylko uszczuplonej grupie. Ale zabawa była dobra i na pewno wszyscy się zmęczyli. Ja chyba najbardziej… bo po wybiegnięciu ze strefy zmian lekko mnie „postawiło”. Łydki, dwugłowe i brzuch na raz. Co zrobić, tak to już jest, ale kto nie ryzykuje ten nie wygrywa podobno. Kto ryzykuje, jak się później okazało, też nie. Na szczęście biegłem z Igorem „po zmianach” więc jakoś tam doszedłem do siebie i po 3km mogłem przejść do normalnego tempa. Człowiek w jednym z punktów z napojami powiedział nam że zajmujemy 13. i 14. miejsce. Na takie dictum nie ma innej rady – trzeba się o miejsce w dyszce, co innego można w takiej sytuacji wymyślić?. Tym razem taktyka „gonić chamów” poskutkowała i przy chyba największym dopingu w mojej oszałamiającej karierze (bardzo dziękuję rodzinie i wszystkim znajomym na i przy trasie) udało mi się dojść na drugiej pętli 3 osoby i zająć 10. miejsce z czasem 2h19min11s (czy jakoś tak).
Na trasie mijałem się dwa razy z Ludwikiem który wyglądał jakby było mu ciepło i jakby nie miał ochoty z nikim (już nigdy w życiu) rozmawiać i z Mają, która coś tam znowu chyba jęczała o rzyganiu. Ostatecznie Ludwik dotarł w formie dużo lepszej niż by się mogło wydawać i z bardzo dobrym (jak na człowieka w tak podeszłym wieku) czasem – 2h 35min 11s. Trzeba mu oddać, że dzień wcześniej starował w zawodach na dystansie 1/10 IM co proporcjonalnie do jego wzrostu równa się co najmniej połówce, więc należy mu się szacunek. Po chwili odpoczynku na mecie pojechałem potowarzyszyć Majeczce, której też ewidentnie było za ciepło, ale mój widok, w dodatku z kubeczkiem wody, jak zawsze bardzo ją uskrzydlił i ostatnie 3km trasy pokonała w szampańskim nastroju opowiadając mi wszystkie swoje sekrety, które zdradzę Państwu w mojej następnej relacji.

Później już tylko jedliśmy opowiadaliśmy nieśmieszne żarty irobiliśmy wszystko co robi się zawsze po zawodach czyli nic godnego uwagi. Ale za to robiliśmy to w całkiem rubasznym gronie dziwnych ludzi z Łodzi więc było niemiło i śmierdząco. Czyli tak jak lubimy.